Tytuł: To koniec?
Paring: Keo
Zespół: VIXX
Gatunek: Angst
Ostrzeżenia: brak.
*** z perspektywy Leo***
Stukot kół na torach z początku powolny, miarowy, spokojny, przyśpieszał, a wraz z nim bicie mojego serca. Wpatrywałem się w szybę, skąd uśmiechaleś się do mnie promiennie ukrywając łzy. Wołałeś żebym pobiegł za pociągiem machając na pożegnanie, mimo że wiedziałeś, że i tak tego nie zrobie. Jeszcze chwila i byłeś za daleko żebym mógł Cię dostrzec. Ale ja stałem, trzymany niewidzialną siłą, tylko patrząc, na zlewające się w szklaną taflę okna, kiedy ostatnie wagony przemykały tuż obok mnie. Czułem jak podmuch powietrza rozrzuca na wszystkie strony kosmyki moich włosów, delikatnie glaszcze moją twarz, tak jak Ty robileś to jeszcze przed chwilą. Twój pociąg odjechał, peron opustoszał, zostałem zupełnie sam, odcięty od świata niedostrzegalną ścianą zbudowaną z przytłaczających uczuć. Nie potrafiłem zrobić nawet najmniejszego kroku, czując, że jak się rusze, coś pęknie, zatrzymany czas ruszy, zedrze ze mnie maske bez wyrazu. Coś ciepłego spływało po moim policzku, a ja w zaparte wmawiałem sobie, że to nie łzy, nie... To nie mogło być to.. Ja przecież nie..
- Mamusiu, dlaczego ten pan płacze- jak przez mgłę dobiegł do mnie dziecięcy głos, a zaraz dostrzegłem małą dziewczynkę wskazujacą na mnie palcem i jej matkę starającą się odwrócić jej uwagę. Przecież ja nie płakałem.. Wyciągnąłem rękę z kieszeni, żeby wierchem dłoni zetrzeć mokrą strużkę z twarzy. Wokół gromadziło się coraz więcej ludzi, starszych, młodszych, głośnych, pogrążonych w rozmowach, obejmujących się i żegnających. Na peron wtoczył się pociąg, zatrzymując się oknem tuż przede mną, a ja jak głupi miałem nadzieję, że zaraz się przez nie wychylisz, śmiejąc się i mówiąc że kiedyś wrócisz, nie za miesiąc, rok, dwa czy dziesięć lat, ale kiedyś tam na pewno. Nie prawda. Nasz czas dobiegł końca, wiedziałem to, ale kłamałeś nie dopuszczając do siebie tej myśli. Żegnaj, Jaehwannie.
Powoli ruszyłem w kierunku schodów, czułem się jak w transie, byłem sam w swoim świecie, a wszystko inne w drugim, równoległym. Pokonując kolejne stopnie w dół miałem wrażenie, że im niżej jestem tym bardziej się oddalam od wszystkiego, wszysykich i przeszłości. Coś się we mnie złamało, coś ostrego na tyle żeby boleśnie rozciąć serce.. Albo tylko tak mi sie wydawało. Zmierzając przez hol główny dworca widziałem krople na przeszklonym dachu, miało kiedy zacząć padać... Popchnąłem drzwi obrotowe i wydostałem się na zatłoczony parking. Wokół ludzie wyciągali parasole, przemykali osłaniając głowy rękoma czy czym tylko się dało, a ja wsadziłem dłonie w kieszenie i ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie tak dawno nie byłem, a było teraz jedynym, które przychodziło mi na myśl. Skierowałem twarz ku niebu i mrużąc oczy przypatrywałem się kłębiącym się szarym chmurom. Śmieszne, świat płakał bo chciał mi pomóc się ukryć? Miałem takie wrażenie. Deszcz skrywał łzy, przeganiał ludzi z ulic i parków i chyba tylko mi nie przeszkadzał. Wędrowałem powoli i cicho, obserwując otoczenie, a kiedy ujrzałem drzewa skrywające cel mojego spaceru, poczułem ukłucie w piersi. Wszystko wyglądało tak samo jak wtedy, było tu teraz równie pusto jak wtedy... Odepchnąłem metalową furtkę, która przywitała mnie cichym skrzypnięciem. Ile to już czasu minęło, odkąd usłyszałem to po raz pierwszy, odkąd właśnie tutaj uświadomiłem sobie, że Cię kocham. Obrzuciłem wzrokiem ten pamiętny plac zabaw, kątem oka widząc jak Ken przebiega obok mnie i rzuca się na drabinki. Wstrząsnąłem głową obejmując ją w dłonie. Dlaczego.. Dlaczego jego słowa dźwięczały mi w głowie tak samo jak tamtego wieczora. Zsunąłem ręce z mokrych włosów na twarz, przecierając oczy, a kiedy odważyłem się je otworzyć ujrzałem karuzelę. Przygryzłem wargę dusząc w sobie nagłą falę szlochu. Powolnym krokiem dotarłem do zabawki i usiadłem na jednym z mokrych siodełek. Odepchnąłem się nogą, a karuzela z leniwym chrapnięciem zaczęła się powoli kręcić. Dobrze pamiętałem, jak wtedy to Ty kręciłeś się na tej zabawce, a potem wstałeś i pijanym krokiem wpadłeś w moje ramiona, nagle uczucia wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem, pocałowałem Cię po raz pierwszy. Z oddali dotarł do mnie huk pioruna, zapowiadała się niespokojna noc... Po dłuższej chwili wstałem czują cprzejmujacy chłód bijący od mokrego metalu. Przesunąłem dłonią po konstrukcji i z całej siły ją pochnąłem. Kolory wirowały, a ja stałem obok dusząc w sobie rozpacz. Wszystko przemija, często niezależnie od własnej woli, wszystko ma swój początek, ale i nieunikniony koniec.
***
Moje własne imię obijało mi się echem po głowie, ktoś mnie wołał, albo gorączka wychodowana brakiem poczucia czasu na deszczu zaczynała dawać o sobie znać.
- Leo!- o, znowu.. Głos , a zaraz po nim ciche skrzypnięcie - Jung Taekwon!- jak oficjalnie.... Kroki, głuche tąpnięcie czegoś ciężkiego upadającego na piasek. Znów kroki, coraz szybsze i bliższe, a zaraz ciężar na moich plecach.
- Leooo - głos Kena się trząsł, a sam się wzdrygnąłem czując jego ciepły oddech na karku. W tym momencie doszło do mnie co się stało. Czym prędzej odwróciłem się, żeby ujrzeć przed sobą, mokrą, zdyszaną i zapłakaną postać najgorszego idioty jakiego znałem. Nie czekając ani chwili przyciagnąlem go do siebie, obejmując jedną ręką w pasie a drugą wplatając w ociekające z deszczu włosy. Poczułem jego ręce splatające się na moich plecach i ciepło bijące od jego ciała, które było teraz tak blisko.
- Co Ty tu robisz?- szepnąłem starając się ukryć wzruszenie.
- Jak tylko wyjechałem z Seulu zdałem sobie sprawe, że robię najdurniejszą rzecz w moim życiu... No i wróciłem...- odparł zachrypniętym od płaczu głosem- Wiedziałem, że tu będziesz...
Odsunąłem go od siebie, tak by spojrzeć mu w oczy.
- Nienawidzę Cię...- mruknąłem cicho, a on odpowiedział uśmiechem, który zaraz nienaturalnie szybo się rozrósł.
- Leo..? Ty płaczesz? Naprawde płakałeś za mną?- jego ton wyrażał zdecydowanie za dużo radości- Ale Ty tak na serio? Leeeoooo Ty sie przeze mnie rozbeczałeś!
- Pada, nie czujesz głupku? To tylko deszcz... Zmokłem.. -odparłem cicho przeczesując dłonią jego włosy. Uśmiechał się, nawet jego oczy się śmiały, zawsze wiedział, kiedy kłamię.. Teraz też wyczuł kłamstwo zarówno o tym, że nie płakałem i o tym, że go nienawidzę.
*** atlernatywne zakończenie ***
Powoli otworzyłem oczy, zastanawiając się co się dzieje. Rozejrzałem się wokoło. Byłem w naszym dormie, leżałem w łóźku w mokrych ubraniach, przemoczona bluza wisiała na krześle... To był tylko sen..? Po chwili dotarło do mnie, że byłem na placu zabaw, stałem przy tamtej karuzeli, a jak rozszalała się burza przyszedł po mnie Ravi i przyprowadził mnie z powrotem. A potem spałem.. Aż do teraz... Zmarnowałem tyle czasu, a przecież mogło jeszcze nie być za późno, jeszcze mogłem go odzyskać. Poderwałem się z łóżka, zgarniając bluzę z krzesła rzuciłem się ku drzwiom. Jak w gorączce wypadłem do salonu, w którym siedzieli pozostali wpatrując się w telewizor, w którym pokazywali wiadomości, ale dźwięk był o dziwo wyłączony i pokój tonął w ciszy.
- Leo, gdzie idziesz?- zduszony głos Hakyeona zatrzymał mnie w progu.
- Jadę po Kena, nie pozowolę mu wyjechać- odparłem przez ramię i zabrałem się za sznurowanie butów.
- Leo.... Nie idź... Nie masz po co...- dopiero teraz dotarło do mnie, że jego głos był przepełniony głębokim smutkiem. Cofnąłem się do pokoju, żeby na wejściu wpaść na lidera, jego oczy były podpuchnięte, a na wardze widniał ślad od nadmiernego przygryzania. Nawet na mnie nie spogladając objął mnie i przycisnął do siebie z całej siły. Chciałem go odepchnąć i czym prędzej wyjść, ale coś mi tu nie pasowało.
- Stało się coś?- spytałem niepewnie zerkając w głąb pokoju i dostrzegając grobowe miny reszty.
- Ken..- coś we mnie drgnęło, kiedy N szepnął jego imię. Mówił powoli, cicho, ważąc każde słowo- Pociąg, którym jechał... Miał wypadek... Nikt nie przeżył - ostatnie słowa odbijały się echem po mojej głowie, nie chciałem uwierzyć, ale coś w środku, głęboko, szeptało, że to prawda. Ciepła łza spłynęła po moim policzku, za nią kolejna i jeszcze jedna...
Ken... Jaehwannie. Wiem, że teraz już na to za późno... Ale nigdy wcześniej Ci tego nie powiedziałem... Kocham Cię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz