Tytuł: Cisza
Paring: Keo
Zespół: VIXX
Gatunek: Angst
Ostrzeżenia: brak.
***
Głucha cisza, niezręczna sytuacja i zła aura unosząca się w powietrzu. Zszokowany wpatrywałem się w twoje oczy, nie mając pojęcia co ma teraz zrobić, jak zareagować. Płakałeś, aż za bardzo. Byłem na siebie zły. Dlaczego to zrobiłem? Sam nie wiedziałem, nie miałem pojęcia...
-Ken...ja...
Kiedy chciałem cię dotknąć, przeprosić, ty wybiegłeś z dormu, zostawiając mnie w nim osłupiałego, z wyciągniętą ręką w twoją stronę. Dopiero po chwili mój mózg znowu zaczął normalnie pracować, uświadamiając sobie co właśnie się stało i w końcu ruszyłem za tobą. Biegłem jak najszybciej, aby cię dogonić i zatrzymać. Chciałem przeprosić, ale kiedy już byłem blisko, kiedy prawie cię złapałem, usłyszałem tylko pisk opon i przeraźliwy krzyk. Nie byłem przekonany, czy nie wydobył się z mojego gardła. Wszystko działo się zbyt szybko i nawet nie zdążyłem zareagować. Zniknąłeś mi z oczu, a kiedy nerwowo rozejrzałem się dookoła zobaczyłem cię leżącego kilka metrów dalej i od razu tam podbiegłem. Uklęknąłem przy tobie, kompletnie nie wiedząc co zrobić. Widziałem pełno krwi co sprawiło, że jeszcze bardziej się przestraszyłem, nawet nie chcąc wiedzieć w jak strasznym stanie jesteś. Drżącą ręką dotknąłem twojego policzka, ale nie zauważyłem żadnej reakcji.
-Ken? Cholera, Ken! Jaehwan!- wydarłem się. Nadal nic. Zacząłem szybciej oddychać ze zdenerwowowania.- Ej, nie wygłupiaj się...- zaśmiałem się histerycznie.- Przepraszam, słyszysz? Wstawaj...-złapałem jego dłoń, ale nawet nią nie poruszył.- Lee Jaehwan, przestań! Bawi cię to?! - krzyknąłem, uderzając pięścią w beton.- Wstań, proszę... Błagam!- darłem się jak nigdy wcześniej, nawet nie mając zamiaru przestać.- Proszę, nie... Jaehwan, nie możesz! -krzyczałem to samo cały czas, dopóki nie uslyszałem sygnału karetki, którą prawdopodobnie wezwał ktoś kto widział zdarzenie. Kiedy mnie podnosili z szoku nie mogłem ustać na nogach. Bałem się, tak bardzo się bałem.. Nie mogłem cię stracić. Nie teraz. Całą drogę przejechałem z tobą, trzęsąc się. Na miejscu zareagowali od razu, starając ci się pomóc, wszystko szło dobrze, ale jadnak byłeś w ciężkim stanie.
*****
-Wychodzę...- powiedziałem do Hakyeona, zapinając skórzaną kurtkę, a on tylko uśmiechnął się do mnie słabo.
-Powiedz, że tęsknimi. Niech wraca do zdrowia.- powiedział cicho. Słyszałem, że głos mu zadrżał. Kiwnąłem tylko głową i czym prędzej wyszedłem. Od razu skierowałem się w stronę kwiaciarni, prosząc o jeden mały bukiet i zapłaciłem, wychodząc. Westchnąłem cicho, kiedy przedzierałem się ulicami, chcąc jak najszybciej być na miejscu, a kiedy już tam dotarłem spojrzałem na budynek i chwilę się wahałem, po czym wszedłem do środka. Przejechałem po wszystkich wzrokiem, aż w końcu ruszyłem w stronę dobrze mi znanej sali.
-Dzień dobry.- usłyszałem głos jednej z pielęgniarek, którą już całkiem dobrze znałem.
-Dzień dobry, co z nim?- spytałem.
-Jak na razie bez zmian.- odpowiedziała i uśmiechnęła się słabo, oddalając się i zostawiając mnie samego.
Wszedłem do pokoju, wymieniając stare, zwiędnięte kwiaty na świeże i otworzyłem okno. Musiało się tu trochę przewietrzyć.
-Cześć. -powiedziałem cicho, siadając na krzesełku obok twojego łożka. Powoli przeniosłem wzrok na twoją twarz, ale po chwili go odwróciłem, nie mogąc patrzeć na te opatrunki. Wiedziałem, że to moja wina. To przezemnie musiałeś leżeć podłączony do tylu rzeczy, niczym roślinka. Niepewnie wyciągnąłem dłoń, aby złapać twoją i delikatnie przejechać po niej kciukiem, ale nie miałeś jak tego odwzajemnić. Moje serce pękało na małe kawałeczki, kiedy przypominałem sobie wszystko. Chciałem, abyś się obudził, spojrzał na mnie, uśmiechnął.
- Jak cię czujesz?- spytałem, więdząc, że mi nie odpowiesz.- Reszta się o ciebie martwi, wiesz?- Nic, tylko pykanie urządzeń i odgłosy z korytarza.-Wygodnie ci?- spytałem, poprawiając poduszkę pod twoją głową i delikatnie dotknąłem twojego policzka, przyglądając ci się, aż w końcu spuściłem wzrok, wzdychając smutno. - Przepraszam, proszę wybacz mi...-szepnąłem, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie odpowiesz mi, nie uśmiechniesz się. Nachyliłem się i delikatnie musnąłem twoje usta, po chwili się odsuwając. Jeszcze raz spojrzałem na ciebie smutno i ruszyłem w stronę wyjścia. - Przyjdę jutro.- powiedziałem i jak najszybciej wyszedłem ze szpitala. Dopiero wtedy schowałem twarz w dłonie, ale nie płakałem, nie potrafiłem. Odetchnąłem głęboko i spojrzałem w niebo.
***
-Nie, nigdzie nie idziesz!- krzyknął Ravi, sadzając mnie z powrotem na fotelu.- My pójdziemy.- dodał, uśmiechając się uspokajająco. Posłałem mu tylko groźne spojrzenie, ale posłuchałem go i zostałem.
Kiedy wyszli westchnąłem i powolo wstałem z fotela, wiedząc, że nie powinienem, ale nie potrafiłem siedząc w miejscu. Denerwowało mnie to, że nie mogę do ciebie iść, mimo iż powinienem. Oblizałem usta i kulejąc poszedłem do kuchni, chwilę opierając się o blat stołu, aby przeczekać ból. Cholerna, skręcona kostka.. czy musiałem spaść ze schodów, akurat teraz?
Wziąłem głęboki wdech i wstawiłem wodę, aby się zagotowała. Miałem ochotę, po prostu napić się kawy. Usiadłem na krześle i przeczesałem włosy drżącymi palcami. Przypominało mi się wszystko. Nasze wspólne wypady, wspaniałe chwile i... ten wypadek. Obwiniałem się. W końcu to ja powiedziałem, że cię nie potrzebuję nie wyrażając żadnych emocji. Miałem zły dzień, byłem wkurzony. Sam nie wiem jak mogłem ci to zrobić, powiedzieć taką bzdurę. Potrzebował cię, najbardziej na świecie.
Gdy tylko usłyszałem, że woda się gotuje, wyrywając mnie z zamyślenia, podskoczyłem na stołku, przestraszony i powoli wstałem, wyłączając ją. Wsypałem wszysto do kunka, po drodze rozsypując to, aż w końcu zalalem wodą, patrząc się jak para unosi się do góry. Wzdychając napiłem się trochę i odstawiłem na blat, słysząc jak dzwoni mój telefon. W ciszy poszedłem po niego, podnosząc. Na ekranie wyświetlił się numer Raviego.
-Słucham.- powiedziałem cicho, a wtedy usłyszałem ciche szlochanie N'a, a chwilę potem odezwał się Wonsik.
-Leo, przykro mi...- powiedział cicho i spokojnie, a jego głos się załamywał.
-Co się stało?- spytałem cicho, zaczynając drżeć.- Mów do cholery!- krzyknąłem, słysząc tylko ciszę.
-Ken... Ken nie żyje. - powiedział cicho, ale już nic mu nie odpowiedziałem. Upuściłem telefon i uklęknąłem na kolanach z szeroko otwartymi oczami. Co? Jak to?
-Nie, nie wierzę. Nie wierzę ci Ravi!- krzyknąłem, łapiąc się za głowę i poczułem jaka pieką mnie oczy, a po chwili coś ciepłego na policzkach. Dotknąłem jednego z nich, uświadamiając sobie, że płaczę, po czym zaszlochałem głośno i krzyknąłem głośno i histerycznie.- To nie może być prawda, to nie jest prawda!- krzyknąłem po raz kolejny, chcąc wstać, ale przewróciłem się. Czułem bolesny smutek, żal i złość. Złość na samego siebie. Kiedy w końcu udało mi się wstać, odszedłem chwiejnie do jednej z szafek i w szale zacząłem z niej wszystko wyrzucać, na sam koniec ją przewracając. To samo zrobiłem z kolejną, krzesłem. Nie czułem już bólu nogi, gdzieś zniknął. Zobaczyłem krew na swoich rękach, ale nie przejąłem się, bo po co? Przecież juź nie żyłeś. Nic już nie miało sensu. Zwaliłem rzeczy z jednej półki, ale kiedy zauważyłem nasze wspólne zdjęcie w ramce, leżącej na podłodze. Uklęknąłem i wziąłem je do rąk, widząc jak krople kapią na pękniętą szybkę. Zaszlochałem głośno i przysunąłem się do ściany, przyciskając to zdjęcie do piersi i zamknąlem oczy. Wybacz mi, Ken.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz